Testy - Joelle Charbonneau

Opowiem Wam historię. Młoda dziewczyna zostaje wytypowana ze swojej społeczności, żeby wziąć udział w pewnej rywalizacji. Razem z nią w szranki ruszą przedstawiciele innych środowisk. Zmagania okażą się dużo bardziej krwawe, niż można byłoby tego oczekiwać. Że co proszę? Że „Igrzyska śmierci”? Nie, nie, nie. „Testy” autorstwa Joelle Charbonneau. Nie rozumiem, jak mogliście się pomylić. ;)

 

Czytając „Testy”, nie da się nie zauważyć tego, że autorka silnie inspirowała się trylogią spod pióra Collins. Żeby być uczciwą, powinnam jednak napisać nieco więcej o fabule powieści. Otóż świat, jaki obecnie znamy, nie istnieje. Po nuklearnej apokalipsie stworzono osiemnaście kolonii. Jedną z nich, Kolonię Pięciu Jezior, zamieszkuje wraz ze swoją rodziną nasza główna bohaterka, Cia. Dziewczyna kończy właśnie szkołę średnią i jest to dla niej ogromne przeżycie. Nie tylko wkracza w świat dorosłych, ale też może dostać się na Uniwersytet. Studia uchodzą tutaj za niebywały zaszczyt. Dodatkową motywacją Cii jest to, że niegdyś Testy zostały pomyślnie zdane przez jej ojca. Aby jednak córka mogła pójść w jego ślady, musi najpierw zostać wytypowana do wzięcia udziału w rywalizacji. Jeżeli jej się powiedzie, a następnie uzyska bardzo dobry wynik, droga na Uniwersytet stanie przed nią otworem. Kiedy okazuje się, że ciężka praca dziewczyny się opłaciła i wraz z trojgiem znajomych ze szkoły będzie mogła wziąć udział w Testach, ojciec Cii postanawia ją ostrzec. Wyjawia, że nękają go okropne koszmary, które dziwnym trafem przywodzą mu na myśl wspomnienia z Testów. Wprawdzie po całym przedsięwzięciu pamięć kandydatów jest kasowana, ale sceny powracające w snach ojca zdają się być zaskakująco realistyczne. Nie napawa to optymizmem. Tymczasem Cia nie może już zrezygnować. Dziewczyna rzuca się w sam środek ojcowskiego koszmaru.

 

Początek książki jest tragiczny jak moje wyniki w biegu na sześćdziesiątkę. Płytko, miałko, bez polotu. Narracja klęczy na żwirze i woła o pomstę do nieba. Brak tu klimatu, brak wiru, który wciągnąłby czytelnika w fabułę. Przyznam, że wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie porzucić młodszej, mało udanej siostry Katniss na rzecz jakiejkolwiek innej lektury. Najbardziej zdziwił mnie moment, kiedy autorka, pisząc prostym, niewymagającym stylem rodem z opowiadań dla dzieci i młodzieży, nagle wciska w fabułę jakieś makabryczne sceny. W tekście, który klimatem przypomina „Dzieci z Bullerbyn”, pojawiają się znienacka obrazy, których nie powstydziłby się Dante. Z czasem jednak zaczęłam przyzwyczajać się do takiego stanu rzeczy. A może to autorka wzięła lekcje pisania kreatywnego już w trakcie pracy nad „Testami”? Nie wiem. Ale… naprawdę zaczyna być ciekawie.

 

Nie chodzi po postacie. Te są standardowe jak regułka do spowiedzi. Nie chodzi nawet o pomysły, bo choć niektóre wydają się być całkiem zgrabne, to znaczna część ewidentnie jest… hm… zapożyczona z „Igrzysk…”. Nie mam pojęcia, co sprawia, że książka w pewnym momencie zaczyna być wciągająca. Może to przyspieszenie akcji gdzieś od połowy powieści, a może fakt, że autorce zaskoczyły w głowie trybiki i wszystkie elementy poukładały jej się w całość. Tak czy siak – zaczyna być naprawdę przyjemnie. Znika uczucie zażenowania, a człowiek zaczyna mieć wrażenie, że tekst nie jest aż tak bardzo naiwny. Miłe.

 

Nie obyło się bez wątku romantycznego. Ten jest przewidywalny, ale nie przesłodzony (a im dalej, tym lepiej się go przyswaja). Relacja Cii z Tomasem jest do wytrzymania. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że Pan Indealny ma jednak rysy na swym nieskalanym charakterze. ;)

 

Spodobała mi się też wizja zniszczonego Chicago, w którym urodziła się i w którym (bądź w pobliżu którego – różne źródła podają inaczej) mieszka obecnie autorka.

 

„Testy” mają otwarte zakończenie, które – o dziwo – jest bardzo uniwersalne. Sprawdziłoby się nie tylko jako końcówka pierwszej części, ale również jako zakończenie całej historii. Autorka sprytnie pozostawia nas z kilkoma nierozwiązanymi wątkami, ale dla mnie takie właśnie finisze mają swój urok. Plus, zdecydowany plus.

 

Nie ma co czarować - odgrzewany kotlet nigdy nie będzie smakował lepiej od świeżego. Zgodzicie się chyba jednak z tym, że odgrzewać też trzeba umieć. Charbonneau, jak się okazuje, nie jest najgorsza w takiej kulinarno-literackiej reanimacji. :)