Tajemnica królestwa - Mika Waltari

Nie lubię, kiedy jest zimno. Nie lubię, kiedy zastaję w skrzynce na listy awizo z datą wsteczną. A już najbardziej nie lubię, kiedy rozczarowują mnie ukochani autorzy.

 

Pamiętam fascynację, z jaką połykałam kolejne strony „Egipcjanina Sinuhe”. Waltari był dla mnie wtedy prawdziwym odkryciem. Perełką. Nic więc dziwnego, że zakup „Trylogii rzymskiej” chodził mi po głowie od bardzo dawna. Raczej oczywiste było to, że kiedyś ulegnę tej pokusie. W takich chwilach na moich słabościach najczęściej żeruje Matras. Korzystna promocja, konto bankowe odchudzone niemal o stówkę, za to regał rozepchany o kolejne trzy książki. Nie żałuję, bo wydanie jest obłędne. Mogę patrzeć na te okładki godzinami… Ale treść „Tajemnicy Królestwa”… O Boże… Dosłownie.

 

W dużym skrócie: obywatel rzymski o imieniu Marek jest świadkiem śmierci Chrystusa na krzyżu. Wydarzenie to wywiera na niego taki wpływ, że nasz bohater nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Bez reszty postanawia się poświęcić poszukiwaniom uczniów Jezusa Nazarejczyka. Wkrótce zaczyna być pewien, że udaje mu się doświadczać obecności samego Syna Bożego. Teraz uwaga, nikt się tego nie spodziewał - na kolejnych stronach książki Marek przechodzi wewnętrzną przemianę. Z niestroniącego od uciech i rozpusty Rzymianina staje się osobą, której codzienność nabiera wymiaru duchowego. Docenia zalety mniej wystawnego, ale przepełnionego miłosierdziem życia. Że niby spojler? Nie wydaje mi się…

 

 A teraz trochę o przypale, który uskutecznia w książce pan Waltari. Zacznę od tego, że wkład autora w fabułę jest niemal żaden. „Tajemnica Królestwa” to po prostu fragment Nowego Testamentu, ale ujęty w innej formie literackiej. Powieść jest tak silnie nasycona fragmentami z Pisma Świętego, że miałam wrażenie, iż zaliczam jakąś przymusową powtórkę z lekcji religii. Nie zrozumcie mnie źle, ciężko by było nie wzorować się na Nowym Testamencie, zważywszy na tematykę powieści. Czasem miałam jednak wrażenie, że przygody naszego głównego bohatera są wepchane do książki na siłę. A kiedy się je wywali z utworu, zostaje wszystko to, co znaleźć możemy w Biblii.

 

Gorąco liczyłam na to, że autor urealni postać Jezusa. Tak w stu procentach. Obedrze go z mistycznej, nadprzyrodzonej otoczki, za to podkreśli charyzmę i charakter tej postaci. Nic z tego. Ba, Waltari dorzucił trochę efektów specjalnych typu ciemności i grzmoty (nie pamiętam, czy pojawiają się one w tych samych momentach w Piśmie Świętym, wybaczcie).

 

Wykończyły mnie miałkie dialogi… Mniej męczące jest chyba nawet mycie okien (tak, jestem świadoma tego, co piszę). Można było się pokusić o fantastyczne dysputy na temat zmartwychwstania. Marek spotyka rozmówców pochodzących z różnych krajów i grup społecznych – idealna okazja, żeby podkreślić, jak postrzegana była postać Nazarejczyka i jak ciężkie było jego życie wśród ludzi. Autor chyba podejmował takie próby, ale niekoniecznie mu wyszło.

 

W przeciwieństwie do przemyśleń ukazanych w „Egipcjaninie Sinuhe”, te z „Tajemnicy Królestwa” były naprawdę banalne. O ile w ogóle się pojawiały, bo pisarz raczej nam ich skąpi. Jest to dla mnie przedziwna sytuacja – narracja prowadzona jest przez Marka, który pisze listy do swej ukochanej Tulii. Wymarzona okazja, żeby popłynąć z dialogiem wewnętrznym. Tymczasem relacje Marka bardzo często są suche jak moje żarciki, kiedy mi się akurat włączy dowcip gimnazjalny.

 

Podsumowując – nie polecam. Jeśli przymierzacie się do pierwszego spotkania z autorem, niech to będzie „Egipcjanin Sinuhe”. „Tajemnicę Królestwa” oceniam na 5/10, przy czym jedno pełne oczko załatwia okładka. Cykl jak najbardziej doczytam (w końcu zakupiłam od razu całą trylogię), ale trochę się boję, że zabrnę w jeszcze większe bagno…