Jego Wysokość Longin - Marcin Prokop

Niby darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, więc nie powinnam narzekać. Książkę wygrałam w konkursie Rossmana (tak, da się tam wygrać książki!), nie musiałam niczego kupować, żeby wziąć udział, a ponadto okazało się, że mój egzemplarz jest z autografem autora. Pełen wypas. Tak się jednak składa, że ja – niewdzięczny, wredny babsztyl – mam kilka wątpliwości.

 

Pozycję da się łyknąć w jeden wieczór. „Jego wysokość Longin” ma około 160-ciu stron (czyli niezbyt wiele), a tekst pisany jest dużą czcionką. Warto wspomnieć, że znaczną część objętości książki zjadają ilustracje. Naprawdę świetne – estetyczne i trochę przewrotne, ale to ciągle ilustracje. Twarda okładka wzbudziła mój zachwyt. Dowcipna, stylizowana na dziecięce bazgrołki, a w tym wszystkim po prostu ładna. Nie jestem jednak pewna, czy przeciętny konsument będzie chciał zapłacić za taki produkt 29,90 (cena okładkowa). W tym przypadku płaci się chyba głównie za „opakowanie” i nazwisko autora, a nie za sam tekst.

 

W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, jaka była grupa docelowa tego tytułu. Starsi odbiorcy mogą się trochę wymęczyć (bo powieść, choć może wzbudzać sentyment, jest po prostu naiwna). Młodszych natomiast niekoniecznie zachwyci magia PRL-u. Z tym „dorastaniem w PRL-u” (hasło z okładki) też nie jest rewelacyjnie. Niby pojawiają się gumy Turbo, niby przewija się oranżada w proszku, a nasz Longin śpi w pokoju wydzielonym z kuchni, ale ciągle miałam wrażenie, że to jeszcze nie to. Mało jest tego PRL-u w PRL-u. Pamiętam, że swego czasu namiętnie czytałam polskie powieści dla młodzieży pochodzące z tego właśnie okresu i to był prawdziwy popis ówczesnego klimatu. Tutaj znaczna część przygód Longina mogłaby się równie dobrze dziać w innych realiach. Pewnie niektórzy tę ponadczasowość uznają za plus (bo dzieci to dzieci i czerpią radość z życia niezależnie od czasów, w jakim przyszło im żyć, bla-bla-bla), ja niekoniecznie.

 

Przy okazji – nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pozycja jest marną podróbką Mikołajka. Wprawdzie nie mamy tu wydzielonych odrębnych opowiadań, ale w ciągłym tekście podzielonym na rozdziały również można wyróżnić kilka osobnych przygód. Mamy kochanych, ale wymęczonych niesfornymi dziećmi rodziców, podwórkową i szkolną paczkę, a nawet nauczyciela, który może przypominać Rosoła. Jest tylko jeden problem. Wydarzenia przedstawione w książce Prokopa nie do końca są zabawne. Przy Mikołajku siedziałam z bananem od ucha do ucha. Przy Longinie trochę się męczyłam. Nie wiem, co się stało – autor jest świetnym dziennikarzem z błyskotliwym poczuciem humoru. Książka natomiast jest trochę nudnawa i nawet momenty, które miały być dowcipne, jakoś nie rozwalają na łopatki.

 

„Jego wysokość Longin” to książka sympatyczna i jest to idealne słowo, które ją opisuje. Gdybym jednak miała wybierać między Mikołajkiem a Loginem, to wybrałabym Mikołajka. Zarówno dla siebie, jak i na prezent dla innej osoby.