Szepty Zmarłych - Simon Beckett

Istnieją trzy takie zagrania, którymi autorzy thrillerów szastają na prawo i lewo. Jest tylko jeden problem. Te same zagrania sprawiają, że sympatycy powieści grozy mają ochotę wstać, rozpędzić się w stronę najbliższej ściany i zarąbać w nią z całej siły głową. O czym mowa, o czym mowa?

 

1. Jeśli jesteś lubianym przez większość, zbliżającym się do emerytury specjalistą, to bądź pewien, że zginiesz w swojej ostatniej akcji/podczas zajmowania się ostatnią sprawą w pracy. Najbardziej udupiony jesteś, jeśli pracujesz w policji. Zrób przysługę samemu sobie i nie rozpowiadaj na prawo i lewo, że twoje odejście z pracy już się zbliża. Nie obiecuj nikomu, że zajmie twoje stanowisko, a już na pewno nie rób tego podczas wzruszającej kolacji. Po prostu mi zaufaj i tego nie rób.

 

2. Każdy psychopatyczny morderca musi sobie pogadać w finałowej scenie. Im dłużej gada, tym bardziej wiadomo, że zaraz się przekręci. Na litość wszystkich bóstw Olimpu, gościu – i tak już spartoliłeś. Zamiast wygłaszać przemówienia, bierz nogi za pas. Jeśli masz ochotę do kogoś pogadać, kup sobie psa. Wysłucha, nie skomentuje, a nawet będzie miał minę, jakby popierał.

 

3. Jeśli wśród wyspecjalizowanej załogi złożonej z samych mężczyzn pojawi się chłodna, niedostępna profesjonalistka, jest pewne jak śmierć i podatki, że główny bohater się w niej zadurzy. Wspominałam już, że babeczka będzie po ciężkim rozstaniu albo będzie się wywodzić z dysfunkcyjnej rodziny? No, ewentualnie może być też po przejściach. W dobrym tonie jest, aby pojawiła się w takim momencie, żeby główny bohater mógł jej uratować życie. Booooringggg.

 

Teraz czas na niesamowity zwrot akcji. Wiecie co? „Szepty zmarłych” posiadają w swym składzie wszystkie powyższe elementy. Nie wiem, co się stało Beckettowi między 2. a 3. częścią cyklu o poczynaniach Davida Huntera. Narracja dalej jest super. Kilka motywów naprawdę mnie zaskoczyło. Ba, strzelam, że zaskoczyłaby mnie nawet tożsamość mordercy, gdyby nie to, że zachciało mi się czytać opinie innych internautów przed zakończeniem lektury (pozdrawiam czytelniczkę, która już w pierwszych zdaniach swojej opinii podała imię zabójcy - jesteś super, rób tak zawsze). Tymczasem cała reszta leży i nie kwiczy, bo została wyciosana tak na odpiernicz, że nawet kwiczeć jej się nie chce.  

 

Jeden z fragmentów powieści aż musiałam sobie zaznaczyć karteczką, bo nie wierzyłam w to, co czytam. Nasz Dejwid przyjeżdża na miejsce zbrodni, w którym wciąż znajduje się ciało. Gość, który wpuścił specjalistów do pomieszczenia, nie zmierzył sam temperatury w tymże pomieszczeniu, bo stwierdził, że team sam będzie wolał to zrobić. Zostawił za to rozkładające się ciało na kilka czy kilkanaście godzin w 40-stu stopniach Celsjusza. Nie wiem, może się wymądrzam, może się mylę, ale nie jest przypadkiem tak, że wysoka temperatura przyspiesza procesy gnilne i rozkład ciała? Może jednak warto było zmierzyć samemu tę temperaturę i zadbać o stan ciała denata? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

 

Na koniec dodam tylko, że wydawnictwo Amber nie ułatwiło mi lektury, ponieważ momentami ciężko zorientować się, kiedy narratorem jest David, a kiedy morderca. Im dalej w las, tym bardziej jest to oczywiste, ale początki narracyjnego rozdwojenia są po prostu ciężkie. Wystarczyła inna czcionka. Nie wiem, kursywa. Cokolwiek. Brawo, Amber, znowu się spisaliście. Ale muszę podziękować za to, że wydaliście „Szepty…” w wersji kieszonkowej, bo inaczej pewnie bym ich nie kupiła.

 

Podsumowując: nie polecam. Nie jest to totalna szmira, ale mam poczucie, że zmarnowałam czas. Jeśli chcielibyście zacząć czytanie cyklu od tej części – nie róbcie tego. Nie ma tu nic oryginalnego, ani nawet wciągającego. 4/10, a to i tak tylko za „ładny” język, jakim posługuje się autor. Albo tłumacz.