Candy - Terry Southern, Mason Hoffenberg

Krótka, acz intensywna opowieść o Candy – młodziutkiej studentce, która wkracza w świat erotyki. Dziewczyna jest przekonana o tym, że dopuszczając mężczyzn do siebie, pomaga im ulżyć w cierpieniu. Może to jej łatwowierność, a może siła autosugestii i wspomniana wcześniej wymówka sprawiają, że.. hm… powiedzmy, że coraz mniej cierpiących przebywa w jej otoczeniu. ;)

 

Książka jest oparta na „momentach”. Niektóre mniej, niektóre bardziej działają na wyobraźnię. Większość z nich już na wstępie jest tak wypaczona, że nie da się ich postrzegać poważnie. Pozostałe, choć zawiązują się względnie normalnie (przynajmniej w relacji do pozostałych opisanych w książce), dość szybko przerywane są zdarzeniem, które rujnuje podniosłość chwili. Młodych erotomanów muszę rozczarować – żadnych większych uniesień przy lekturze nie będzie. Chyba że macie naprawdę specyficzny gust. ;)

 

Cytując wydawcę, mogłabym się rozwodzić nad tym, jak to powieść jest „powszechnie uznawana za jeden z beletrystycznych tekstów założycielskich kontrkultury, wymierzonych przeciwko seksizmowi, obłudzie i konformizmowi kapitalistycznego społeczeństwa”. Sami autorzy twierdzili jednak, że napisali ją, niechlujnie mówiąc, dla beki i dla hajsu. Dlatego proponuję nie wdawać się w nadinterpretację i nadawanie powieści wartości, której z założenia posiadać nie miała. Moja rada – wyłączcie własne normy postrzegania przyzwoitości, wyłączcie też logiczne myślenie i dopiero bierzcie się za czytanie.

 

Jeśli ktoś lubi erotykę mocno nasączoną satyrą i groteską, to powinien spędzić przy „Candy” kilka miłych chwil. Pozostałych też zachęcam - jeśli nie do przeczytania książki od deski do deski, to chociaż do „skosztowania”. Nawet, jeżeli ktoś uzna opisane w powieści zbliżenia za niesmaczne i wynaturzone porno, to może spodoba mu się tych kilka ironicznych i absurdalnych tekstów pomiędzy „scenami akcji”. U mnie wywołały szczery uśmiech.