Upiorny zegar - Maxime Chattam

Uffff. Dobrze, że jestem już po lekturze. Dawno nie czytałam tak słabej książki Chattama. „Upiorny zegar” swoim poziomem przypomina mi „Drapieżców”. A wierzcie mi, że w przypadku tego autora nie oznacza to nic dobrego.

 

Postać Faustine – beznadziejna. Charakterna idiotka. Dobrze, że jest temperamentna i zadziorna – przynajmniej nie odrzuca mdławym podejściem do życia. Problem jest tylko taki, że jeśli w danym momencie zrobienie czegoś wbrew logice zagraża życiu lub zdrowiu, to jest duża szansa, że Faustine to właśnie zrobi. Idealna kandydatka do tego, żeby pod koniec książki wpakować się w prawdziwy Armageddon, co w istocie następuje. To nie spojler. Nie przewidzi tego chyba tylko ten, kto w życiu nie przeczytał żadnej książki i nie obejrzał żadnego filmu.

 

Totalną bzdurą jest fragment: „Otuliła się w peniuar z różowego jedwabiu, rozchylone poły odsłaniały długą satynową koszulę nocną z narzuconą na nią przezroczystą tuniką z białego muślinu. Faustine chciała czuć się swobodnie, jak gdyby przeczuwała, że będzie potrzebowała ochrony, by wejść do głowy potwora.” No pewnie! Różowy peniuar: + milion do pancerza! Panie Autorze, albo ochrona, albo swoboda. Ta przenośnia wyszła tak słabo, jak efekty moich pierwszych prób gotowania.

 

Analiza listów otrzymanych przez Guy’a (a zwłaszcza tego pierwszego listu) wzbudza litość. Nie uwierzycie, jak dobrze bohaterowie znają się na symbolice i grafologii, a zwłaszcza na badaniu wcięcia na początku akapitu! Wiedzcie, Dobrzy Ludzie, że takie wcięcie oznacza „’margines społeczny’, wycofanie się w siebie przed zabraniem głosu, ma przygotować czytelnika, również ze względu na szacunek do niego, daje mu nieco miejsca, zanim zacznie się wypowiedź”. Hej, albo mi się zdaje, albo jedna ze szkół wyraźnie mówi, że akapity zaczynamy od wcięcia? Szczegółowa analiza tego, czy nie jest ono zbyt wyraźne, to grube przegięcie…

 

Kolejny smaczek. Po otrzymaniu informacji o morderstwie, bohaterowie najpierw idą na miejsce, gdzie zostawiono ciało, potem jeden z nich dokładnie przeszukuje denatkę (naprawdę, NAPRAWDĘ dokładnie, jeśli wiecie, o czym mówię), aż nagle wpadają na pomysł, żeby po tym wszystkim powiadomić policję. W zasadzie przez całą książkę nie informują oficjalnie policji o postępach w śledztwie prowadzonym przez nich na własną rękę. Czemu? Ano temu, że panowie funkcjonariusze się nieprzyjemni, nieskuteczni i prawdopodobnie zamiatają sprawę pod dywan. A któż poradzi sobie z seryjnym mordercą lepiej niż pisarz, kurtyzana oraz policjant działający w tej sprawie nieoficjalnie i interesujący się nią z prywatnych pobudek? NIKT! A już na pewno nie zespół mundurowych!

 

Generalnie im dalej w fabułę, tym gorzej. W całej książce moją uwagę zwróciła tylko jedna scena – seansu spirytystycznego. A i ta może zostać uznana za groteskową.

 

Przed rozpoczęciem lektury „Upiornego zegara” znałam tylko jedną słabą książkę Chattama, jednego z moich ukochanych autorów. Teraz znam już dwie. Tymczasem czeka na mnie jeszcze jedna część „Dyptyku czasu”… Nie wiedzieć czemu, po „Upiornym zegarze” nie za bardzo mam motywację, żeby się za nią zabrać…