Gra o tron - George R.R. Martin

Zabrałam się za tę pozycję chyba tylko po to, żeby upewnić się, że to kompletnie nie moje klimaty.

 

Możecie mnie zlinczować, ale dla mnie „Gra o tron” jest rozmemłana do granic możliwości. Mnogość wątków pobocznych po prostu przytłacza. Żeby chociaż można było liczyć na gwałtowne zwroty akcji i wciągającą fabułę. A gdzie tam. Historia ciągnie się jak Hubba Bubba w rolce. A kiedy już zapowiada się na to, że zacznie dziać się coś godnego uwagi, nagle autor ucina rozdział i w kolejnym spoooowaaaaalniaaaa teeeeemppoooo. Najlepiej nic nie wnoszącym opisem krajobrazu. Dzięki. Bo już się bałam, że po tych pięciu minutach emocji będę musiała wziąć Validol.

 

Postacie. Moją uwagę zwrócił przede wszystkim Jon Snow i był to chyba jedyny bohater, którego wątek został poprowadzony ciekawie od początku do końca. W pamięci utkwiła mi też Daenerys Targaryen, ale głównie z prozaicznego powodu – aktorka grająca tę postać często pojawia się na kwejku i muszę przyznać, że zaintrygowała mnie swoją niebanalną urodą. Tak, jestem wzrokowcem (kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci hejtem). Na tle pozostałych bohaterów Daenerys bez wątpienia wybija się swoją barwnością. Martin dobił mnie bowiem całymi rzeszami papierowych postaci – niestety, nie tylko epizodycznych. Nie dziwię mu się, że masowo je zabija. Nie da się ogarnąć tak licznej wesołej gromadki. A że bohaterowie nie mają pazura i „tego czegoś”, co pozwala mieć na nich pomysł, to najłatwiej jest się ich pozbyć. Najbardziej boli mnie to, jak nieumiejętnie zostały poprowadzone historie dzieci Neda Starka. To, co było bardzo nęcące i wciągające na samym początku, z każdym kolejnym rozdziałem najzwyczajniej w świecie blakło. Pod koniec historia całej rodziny robi się ciekawa, a same dzieciaki muszą dorosnąć, ale mimo wszystko nie jest to warte tej wielostronicowej męczarni.

 

Średniowieczny, „brudny” klimat – zachowany. Nie są to moje ulubione realia, ale bez zażenowania „uwierzyłam” w ten świat. Patologie, które prawdopodobnie miały służyć zaszokowaniu czytelnika, raczej mnie nie ruszyły. A bo to mało było dewiacji w starożytności i średniowieczu… Może być, to akurat jest plus.

 

Psychologia? Nieeeee, no proszę. Po co uwiarygodnić jakąś postać, skoro można ją zabić i stworzyć następną. Albo opisać zaśnieżone szczyty. Albo wrzucić beznamiętny dialog. Bo nawet, jeśli będzie on przełomowy dla fabuły, to emocji się tu raczej nie uświadczy. Wyłapałam ze dwa fragmenty, które można uznać za monologi wewnętrzne (coś na kształt mowy pozornie zależnej). Jak na niemal 800 stron jest to tragicznie mało.

 

Ocena końcowa – maksymalnie 5/10 (a to i tak, biorąc pod uwagę moje osobiste preferencje, raczej naciągana nota). Uprzedzając pytanie – nie, nie oglądałam serialu i zdecydowanie nie zamierzam zmieniać tego stanu rzeczy. „Gra o tron” nie jest zła, ale znużyła mnie go tego stopnia, że zaczynam patrzeć na „Rozkosze nocy” bardziej przychylnym okiem…

 

PS Kiedy sprawdzałam w Internecie informacje na temat Neda Starka, wyświetliła mi się reklama mebli kuchennych prosto z Leroy Merlin. No. To kto ma ochotę wcinać jajecznicę, zasiadając na żelaznym tronie? ;)