Obraz kontrolny - Tomasz Sekielski

Druga część cyklu. Wbrew moim wcześniejszym obawom kontynuacja „Sejfu”, kolokwialnie mówiąc, daje radę. Nie da się jednak nie zauważyć, że ten powiew świeżości, który wniósł ze sobą „Sejf”, w „Obrazie kontrolnym” gdzieś się ulotnił. Nawiązania do świata polskiej polityki i naszych krajowych mediów przestają już robić wrażenie. Pojawia się za to kilka bardzo wkurzających fragmentów. Przykłady? Ależ proszę.

 

Diabeł (do Solskiego): - Dałem znać Natalii, że jedziemy.

Tu obaj panowie wsiadają do auta i wybierają się do domu Natalii i Diabła. Na miejscu:

Natalia: - Gdybyście dali znać, że jedziecie…

Słowom Natalii towarzyszy całkowity brak reakcji ze strony Solskiego. Ok., facet jest zmieszany po myślach samobójczych i nieźle nafaszerowany lekami, ale bez przesady. Sam wcześniej interesował się, z kim kontaktuje się Diabeł. Zresztą wytłumaczenie Diabła kończy jeden rozdział, a kolejny rozdział poświęcony temu wątkowi rozpoczyna się właśnie od wypowiedzi Natalii. Troszku to żenujące.

 

Fragment z prostytutkami i hotelem. Jakieś przebieranki, jakieś historie z prześlizgiwaniem się… Jest monitoring i niby pilnują, ale jednak nie pilnują? Co to ma być – klasyczny gag z komedii kryminalnej? Nie wiem, może nie zrozumiałam tego fragmentu, ale wydawał mi się tak naciągany, jak moje jeansy sprzed kilku lat, kiedy próbuję się w nie wcisnąć.

 

Wątek romantyczny totalnie z tyłka. Anna, dowiadując się o spisku, jest w stanie zrobić niesamowite rzeczy. Liczy się tylko to, żeby pomścić męża i ochronić dziecko. Już po kilku dniach ma jednak ochotę przespać się z kimś innym i ofiarować mu swoją czułość. MAGIA. Proszę mi tu nie zwalać winy na ciężkie przeżycia tej dwójki (nie zdradzę, kto jest drugą stroną w tym związku, żeby nie psuć Wam zabawy). Oboje są nieźle haratnięci przez życie, ale nie wyszli jeszcze emocjonalnie z poprzednich związków. Nie kupuję.

 

Choć początek „Obrazu kontrolnego” jest iście brawurowy (i to w świetnym, porywającym, nieprzemielonym przez wizję kina dla mas stylu), to wyżej wymienione fragmenty zdecydowanie psują odbiór powieści. W pewnym momencie nie chciało mi się już kontynuować lektury. „Instynkt przetrwania wrzucił do krwi adrenalinę” – czytałam i wzdychałam, życząc sobie, żeby się już to wszystko skończyło. Nie tak reaguje się na treść, która miała być kulminacją całej historii. Na szczęście końcówka ratuje sprawę.

 

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam: Sekielski fantastycznie dobiera miejsca akcji. Wielkie szychy potrafią rozprawiać ze spokojem o zleconych przez nich morderstwach, przesiadując w czasie tych pogadanek w luksusowych lokalach i rozkoszując się smakiem wyśmienitych potraw. Piją za zdrowie marionetek. Porażający efekt.

 

Na „Gniazdo Kruka” czekam, a jakże. Bez emocji, bez wypieków na twarzy, ale cykl jest naprawdę dobry. Po prostu szkoda przegapić ostatnią część.